Była dwunasta trzydzieści. W Kalabrii to nie jest zwykła godzina – to jest świętość.
Pracowałem wtedy w wytwórni oliwy, przy zbiorach, i tak jak co dzień o tej porze mieliśmy iść jeść. Wtedy przyszedł rolnik z doliny, na traktorku, i mówi: „Słuchajcie, tam wam się coś świeci w słońcu. Chyba oliwa się leje”.
Poszliśmy zobaczyć. Rzeczywiście – jedna z cystern, dziesięć tysięcy litrów, oliwa biologiczna, najlepszej jakości, jaką mieliśmy. Wąż się przedziurawił i oliwa lała się prosto w ziemię.
Była dwunasta trzydzieści.
Szef podszedł, zakręcił zawór i powiedział: „No, świat się nie zawali. Ziemia też musi dostać swój owoc”. I poszliśmy jeść.
Kilkaset litrów najlepszej oliwy, jaka istnieje, wsiąkło w ziemię, zanim ktokolwiek ruszył palcem. Po obiedzie wróciliśmy z gąbkami i odzyskaliśmy z powrotem, ile się dało – cztery wiaderka, może pięć. Reszta została w ziemi.
Gdziekolwiek indziej to byłaby nerwica. Ucieka forsa przez nogawkę, trzeba działać, trzeba ratować, trzeba się wściekać. Tam nikt się nie wściekał. Bo w tamtym miejscu jedna zasada jest silniejsza niż każda inna: jest pora jedzenia, i wtedy się je. Reszta poczeka.
Nauczyłem się wtedy czegoś, czego żadna książka by mi nie dała – że można wybrać, co jest ważniejsze. Że dobra oliwa, która wsiąka w ziemię, bo ludzie usiedli razem do stołu, wcale nie jest stratą. Jest właśnie tym, o co w tym wszystkim chodzi.
Rzym, 1986. Tak zaczęła się historia Slow Food we Włoszech
Rok wcześniej, kilkaset kilometrów na północ od tej wytwórni oliwy, ktoś inny stanął przed podobnym wyborem – i wybrał odwrotnie.
Przy Schodach Hiszpańskich w Rzymie otworzył się pierwszy włoski McDonald’s. Dla wielu był to po prostu kolejny lokal. Dla grupy włoskich dziennikarzy, smakoszy i działaczy, z Carlo Petrinim na czele, był to symbol czegoś znacznie większego: świata, w którym szybkość i ujednolicenie zaczynają wypierać lokalny smak, sezonowość i pochodzenie jedzenia.
Właśnie z tego sprzeciwu wyrósł ruch, który znamy dziś jako Slow Food. Nie chodziło w nim o nostalgię ani o prosty podział na „dobre” i „złe” jedzenie. Chodziło o prawo do żywności, która ma swoje miejsce pochodzenia, sezon, historię i twarz konkretnego producenta – zamiast być bezimiennym produktem identycznym w Rzymie, Tokio i Nowym Jorku.
To jest dokładnie to samo pytanie, które ja dostałem lata później, stojąc przy rozlanej cysternie: czy ważniejsza jest szybkość i ilość, czy czas i to, co za jedzeniem stoi. Oni odpowiedzieli na to w Rzymie w 1986 roku. Ja dostałem odpowiedź w Kalabrii, bez żadnej teorii – po prostu patrząc, jak mój szef zakręca zawór i idzie jeść obiad.

