Na południu Włoch sierpień płynie inaczej niż gdziekolwiek indziej.
To wakacyjny zjazd emigrantów.
Ja to widziałem na własne oczy, przez lata, w Belvedere di Spinello. I zanim opowiem, co dzieje się tam 15 sierpnia przy stole – muszę opowiedzieć, co dzieje się wcześniej, na ulicy.

Skąd wzięła się nazwa Ferragosto?
Nazwa Ferragosto pochodzi od łacińskiego „Feriae Augusti”, czyli „świąt Augusta”. Tradycja sięga czasów starożytnego Rzymu, kiedy okres ten był czasem odpoczynku po ciężkich pracach rolnych, świętowania i wspólnego spędzania czasu.
Mnie jednak Ferragosto od zawsze przywołuje także bardziej kulinarne skojarzenie. Ferri brzmi jak coś związanego z żelazem, rusztem i rozgrzanym grillem, a agosto to po włosku sierpień. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z prawdziwą etymologią słowa, ale w mojej głowie Ferragosto mogłoby równie dobrze znaczyć „sierpniowe grillowanie”.
I właściwie trudno o lepszy obraz tego święta. Rozgrzane słońce, grill, zapach pieczonych warzyw i mięsa, rodzina i przyjaciele przy jednym stole, morze gdzieś niedaleko i spokojne popołudnie, które nie musi się nigdzie spieszyć.
Można powiedzieć, że Ferragosto jest trochę jak włoski odpowiednik polskiej majówki. Tyle że zamiast pierwszych ciepłych dni maja mamy pełnię sierpniowego lata, dojrzałe pomidory, oliwę, chłodne wino, granitę, kalabryjskie specjały i słońce, które zdaje się nie mieć końca.
Gwar, który trwa trzy tygodnie
Co roku, jak w zegarku, spokojne uliczki Belvedere di Spinello przestawały być wioską. Przez kilka tygodni wyglądały jak skrzyżowania Monachium, Mediolanu i amerykańskich przedmieść. Ciszę rozcinał dźwięk silników. Drogich, mocnych, wypolerowanych aut.
Pod domy, które przez jedenaście miesięcy w roku stały zabite deskami, podjeżdżały BMW, Mercedesy, Porsche. Czasem coś jeszcze bardziej symbolicznego – stare Ferrari albo Alfa Romeo z lat 60. i 70. Auta, które przez resztę roku nie istnieją. Stoją w garażach, przykryte prześcieradłem, narzutą, jak relikwie. Czekają na sierpień.
A potem…wyjeżdżają. Tak jak ich właściciele.
W moim poczuciu, pod wpływem tych obserwacji, ludzie, którzy kiedyś stąd wyjechali, wracali nie tylko po to, żeby użyć spokoju – trochę też po to, żeby pokazać sobie i innym że wyjazd miał sens. Przyjeżdżali z pieniędzmi. Z nową tożsamością. Z opowieścią o „lepszym życiu”.
Nie rozumieli jednego: że wyjeżdżając, zostawili dokładnie to, czego później będą szukać do końca życia.
Zostawili powoli płynący czas. Rytm. Wspólnotę. Stół. Święty spokój, którego nie da się kupić.
Stół, na który czeka się cały rok
Ferragosto na południu to nie tylko plaża i grill. Plaża jest tylko tłem. Prawdziwe święto dzieje się przy stole.
A dzień zaczyna się właśnie tam – na plaży albo w pinecie, w cieniu wielkich pinii, które na południu rosną tuż nad brzegiem morza i dają jedyny sensowny schron przed sierpniowym żarem. Rodziny rozkładają się tam na całe godziny, z parasolami, koszami pełnymi jedzenia i dziećmi biegającymi między drzewami. To tam mija najgorętsza część dnia, zanim wszyscy przeniosą się do domu, na wieczorny stół.
W Kalabrii to stół, który stawia się na dworze, pod winoroślą albo w cieniu domu, i przy którym siada cała rodzina – ta, która nigdy nie wyjechała, i ta, która wraca raz w roku. Grilluje się to co jest, pije się wino sąsiada, a rozmowa trwa do późna.
Sam dzień ma swój rytm, który powtarza się od lat i nigdzie się nie spieszy. Rano – czasem msza albo procesja ku czci Wniebowzięcia, bo w końcu to wciąż święto kościelne. Potem długi, leniwy obiad, który zaczyna się wcześnie i właściwie nie kończy się do wieczora: grillowane mięso, ser, chleb prosto z pieca, a na
